poniedziałek, 19 sierpnia 2013

"Nowe początki" (tytuł roboczy) - cz.18.

CZĘŚĆ OSIEMNASTA
 
Kanada, zima 2012 r.
 

Koszule są, dżinsy są, marynarki są, gatki są, skarpetki też... Hmm, to czemu wciąż wydaje mi się, że czegoś zapomniałem?
Pierre od godziny medytował nad walizką kosztem swojego śniadania. Cały czas prześladowała go myśl, że czegoś nie zapakował. Podrapał się po głowie i bezradnym spojrzeniem ogarnął pobojowisko, które jeszcze rano było jego sypialnią. Teraz panował tam totalny chaos.
Pokój był duży, ściany pokrywała dębowa boazeria. Przez wielkie panoramiczne okno wychodzące na zachód Pierre mógł podziwiać las i widoczne w oddali ośnieżone szczyty gór. Śnieg padał nieustannie od kilku dni okrywając wszystko białą, puszystą kołdrą. Widok za oknem nieustannie przypominał mu jak w długie jesienne wieczory siadywali z Lorie na tarasie z kubkami kawy albo kieliszkami wina w ręce i patrzyli na gwiazdy. Miliony gwiazd. Pierre uważał, że w żadnym innym miejscu na ziemi nie było ich tak wiele i nigdzie nie świeciły tak jasno tak tutaj.
Zrobiło mu się żal. Żal siebie, Lorie, jej rodziny i przyjacioł. Wszyscy za nią tęsknili. Poczuł jak ogarnia go nostalgia z lekka podszyta smutkiem i tęsknotą. Był pewien, że zaraz nadejdzie znajomy ból. Kiedy go nie poczuł zamrugał kilka razy zdziwiony i spostrzegł, że od paru minut gapił się jak zahipnotyzowany na drzewa za oknem.
Może pora zacząć żyć, a nie tylko egzystować jak do tej pory?
Uśmiechnął się do swoich myśli.
Tak, to najwyższa pora.

Uśmiech nie schodził mu z twarzy nawet wtedy gdy zobaczył ślady psich łap na narzucie i Szarego siedzącego ze śmiesznie przekrzywionym łepkiem na środku łóżka.
Boże, czy psy myślą? Jeśli tak, to ten musi mieć mnie za wariata.
-Pomógłbyś mi, a nie rozwaliłeś się na moim, podkreślam MOIM łóżku! Podobno pies jest najlepszym przyjacielem człowieka!
Szary zaszczekał na potwierdzenie tych słów.
Pierre uniósł jedną brew.
-Cieszę się, że się ze mną zgadzasz, a teraz won, w kuchni czeka micha- zakomunikował.
Pies zeskoczył z łóżka wywijając przy okazji piruety, gdy łapki zaczęły mu się ślizgać po wypastowanej podłodze i obrał kurs na kuchnię.
-Za chwilę jedziemy do Marii. Posiedzisz tam parę dni, więc bądź grzeczny- zawołał za oddalającym się szarym kłębkiem futra Pierre.
Cholera, w dalszym ciągu nie wiedział czego zapomniał. Laptop, komórka, papierosy, słuchawki i książka były już w podróżnej torbie. Hmm.
Eureka! Kosmetyczka!
Laski nie lecą na śmierdzących wilkołaków- przypomniał sobie słowa Maria.
Kup sobie jakąś porządną wodę po goleniu, żebym nie musiał się za ciebie wstydzić!
Nie mógł się doczekać aż usłyszy zrzędzenie swojego menagera. Naprawdę było z nim źle. Jeszcze raz spojrzał na ciuchy zajmujące każdy wolny kąt.
Po kiego diabła ma dwadzieścia marynarek? Taaa, jasne. Mario.
Zegarek wskazywał dziesiątą dwadzieścia trzy. Samolot odlatywał o pierwszej, a na lotnisko mieli ładny kawałek drogi.
Łyknął zimnej kawy i odstawił kubek na stolik. Postanowił posprzątać po powrocie.
-Zbieraj się, mały!- zawołał narzucając płaszcz. -Musimy już jechać.
Szczeniak zaskomlał i ze spuszczoną głową przydreptał do Pierre'a. Ten wziął go na ręce i podrapał za uszami.
-Nie martw się- mruknął. -Te kilka dni szybko zleci. Ani się obejrzysz, a już będę z powrotem.
Szary uniósł łepek i wpatrywał się w mężczyznę złotymi oczami.
-Och, ty flirciarzu!- Pierre zaśmiał się i zmierzwił mu sierść. -Ja też będę tęsknił. Ale jakie jest życie piosenkarza i jego psa- wzruszył ramionami. -Pancio musi zarobić na michę i fajki. A teraz spadajmy stąd, jest naprawdę późno.


5 komentarzy: