poniedziałek, 19 sierpnia 2013

"Nowe początki" (tytuł roboczy) - cz.10.

CZĘŚĆ DZIESIĄTA
 
Kanada, zima 2012 r.
 

Pierre kończył właśnie drugą porcję jajecznicy, kiedy usłyszał, że ktoś dzwoni do drzwi.
-Nigdy nie dają mi zjeść w spokoju-mruknął i odsunął od siebie talerz. Od rana był nieprzytomny, nie wykluczało się to jednak z poirytowaniem, które w tej chwili brało nad nim górę. Straceńczym krokiem powoli ruszył, żeby wywalić na zbity pysk tego, kto od rana mu przeszkadza.
Odsunął rygiel i otworzył drzwi. Na progu nie było nikogo. Dziwne-pomyślał.
Mroźne powietrze nieco go otrzeźwiło. Rozejrzał się drugi raz, osłaniając oczy dłonią. Ostre promienie słoneczne odbijające się od białych połaci śniegu oślepiało. Już miał zamknąć drzwi i powrócić do przerwanego śniadania, gdy poczuł uderzenie. Pierwsza śnieżka trafiła go w ramię. Drugi raz oberwał w ucho.
W tym momencie doznał olśnienia.
-Już nie żyjecie!-wydarł się i ruszył tak jak stał szukać winowajców. Kapcie tonęły mu w zaspach, śnieg przemoczył skarpetki w renifery, ale nadal nie dawał za wygraną. Śmiech dochodzący zza domu sprawił, że Pierre nie musiał długo szukać. Daniel i Hugo ukryci za wielką zaspą chichotali jak szaleni.
-O nie, chłopcy! Tym razem nie uda wam się ten numer-pomyślał i zaczaił się na nich. Dwie wielkie, białe kule, które zdążył w międzyczasie ulepić czekały w pogotowiu. Kiedy był już wystarczająco blisko, wziął rozbieg i runął na kumpli z całym impetem, na jaki go było stać. Jedna z kul wylądowała za kołnierzem płaszcza Daniela, a druga roztrzaskała się dokładnie na środku głowy Hugo.
-Mam was!-oznajmił triumfalnie Pierre. Miny przyjaciół sprawiły, że chciało mu się wyć ze śmiechu. Hugo wręcz oniemiał, a Dan klął jak szewc, usiłując zrzucić z siebie mokry płaszcz. Po chwili jednak wyciągnął się jak długi na śniegu i śmiał się na cały głos. Pozostali prędko do niego dołączyli. Pierre turlał się po białym puchu, trzymając się za brzuch. Z oczu ciekły mu łzy.
Hugo otarł twarz i błysnął zębami w uśmiechu.
-Gustowne skarpetki-zauważył, patrząc na renifery zdobiące stopy Pierre'a. Oba kapcie musiał gdzieś zgubić.
-Te renifery to prezent od fanów. Świetne, prawda?-w głosie Pierre'a słychać było entuzjazm.
-Tak, wielkoludzie-przyznał Dan, usiłując jednocześnie wydostać się z góry śniegu, w której utkwił.
Hugo spojrzał na niego znacząco.
-Pomóc?-zapytał słodko, wyciągając do kumpla rękę.
-W tej sytuacji nie odmówię-zgodził się Dan.
Hugo w mig postawił go na nogi.
-Gdyby było trzeba, pewnie podniósłbyś też pociąg towarowy, co?-zaśmiał się Daniel.
Oczy Hugo błysnęły humorem.
-Proponowałem ci siłownię!-przypomniał. Nie byłeś zainteresowany-dodał z udawaną przyganą.
-Jeden Stallone w naszym gronie w zupełności mi wystarczy-oświadczył Dan. Śnieg miał dosłownie wszędzie. Nawet w nogawkach spodni.
-Hej, Hugo! A ja to co?!-zapytał Pierre z wyrzutem.-Zaraz odmarznie mi pewna część ciała, którą mimo wszystko wolałbym zachować!
Ochroniarz dławiąc się ze śmiechu podniósł go.
-Trzeba było nie wyłazić w samych gaciach-zauważył.-A to nie są przypadkiem właśnie te bokserki, które Dan dał Ci ostatnio na urodziny?-zapytał Hugo.
-Dokładnie te same-oznajmił Daniel.-Wiesz jak ciężko było dostać gatki dla faceta z napisem "I'm cute!"?
Pierre pokręcił głową-Nie wiem-odparł nadal chichocząc.
-Mam za to dla was małą propozycję. Może chodźmy już do domu? Chciałbym zrzucić z siebie te słodkie majteczki!
Dan pacnął go w ramię-Oj, ty zbereźniku! Świntuszysz, wielkoludzie, świntuszysz!
-Błagam...-wyjęczał wielkolud.-Brzuch mnie boli ze śmiechu. Nie mogę już!
-Dobrze, że nasz wielkolud nie ma sąsiadów-Daniel puścił oko do Pierre'a. Ten odpowiedział mu uśmiechem.-Widok trzech dorosłych facetów tarzających się w śniegu nie jest normalny. Zwłaszcza, jeśli jeden z nich ma na sobie tylko gatki!-dokończył Dan.
-Pismaki miałyby używanie-w głosie Hugo brzmiała wyraźna niechęć.
-Dobra, dobra chłopcy. Skończymy tę fascynującą dyskusję w domu. Zaraz gacie przymarzną mi do tyłka.
Oby tylko do tyłka-dopowiedział Hugo, patrząc znacząco na Pierre'a. Wokalista niemal widział w jego oczach dwa nieznośne chochliki.
-Słyszysz go, Dan?-zapytał Pierre.-A według ciebie to ja jestem zboczony!
Dan nie skomentował tego. W duszy cały czas chciało mu się wyć ze śmiechu. Takie chwile jak ta były dla niego bezcenne. Do kompletu brakowało mu tylko Maria. Otworzył drzwi. Coś tam ładnie pachniało. Chyba jajecznica a la wielkolud.

-Lecę coś ze sobą zrobić-powiedział Pierre, rozcierając zmarznięte dłonie.-Obie łazienki są do waszej dyspozycji. Ciuchy wrzućcie do suszarki. Wiecie gdzie co jest.
-Mamy chodzić tak jak nas Bozia stworzyła?-zdziwił się Hugo.
-Hugo, Hugo, istoto małej wiary! Czy kiedykolwiek zamykałem przed tobą moją szafę?-zapytał Pierre z uśmiechem.
-Nie. Dzięki, wielkoludzie!
-Nie ma za co. A teraz ruszcie się, chłopcy! Za dziesięć minut zbiórka w kuchni. Zgłodniałem przez was!

Daniel zajął łazienkę na dole, Hugo podreptał na piętro. Stojąc pod gorąbymi strumieniami wody Dan rozmyślał. Ta bitwa była świetnym pomysłem. Przynajmniej wiedział, że Pierre jest już w lepszym nastroju. Teraz będę mógł ze spokojnym sumieniem wyjechać na parę dni do Polski-pomyślał.
Nie lubił zostawiać Pierre'a na długo samego. Cholera-mruknął, opierając czoło o szklaną ścianę kabiny.-Zachowuję się jak jego ojciec! Oj Daniel, Daniel, na starość robisz się nadopiekuńczy i sentymentalny-powiedział sam do siebie. Zakręcił wodę i sięgnął do miękki szlafrok. Owinął się nim, wytarł włosy i poszedł do kuchni. Pierre już ubrany smażył właśnie kolejną partię jajecznicy. Hugo również w szlafroku z zapalem palaszował znalezione w lodówce Pierre'a kiełbaski.
-Jak tam ta część ciała, o którą tak się martwiłeś?-zapytał Pierre'a Dan, zakładając nogę na nogę. Basowy śmiech, który rozległ się po chwili był najlepszą odpowiedzią.
-W. . .dzbanku. . .jest. . .kawa-wykrztusił Pierre.
-W sumie to musimy ci o czymś powiedzieć-zaczął Hugo, nalewając sobie równocześnie kawy.
-Mam się bać?
-Spokojnie-odpał Dan.-Lecimy z Mario na kilka dni do Polski.
-To świetnie!-ucieszył się Pierre.-Odpoczniecie trochę. Dan, ty przecież nagrywasz płytę. Wiem, jakie to potrafi być męczące! A ty Hugo też cały czas żyjesz w biegu. Należy wam się odpoczynek!
Daniel wzruszył ramionami.
-Mnie nagrywanie nie męczy. Czasami nawet to lubię-dodał ze śmiechem.
-Wiem, wiem. Ale nie powinieneś się przemęczać. . .-Pierre urwał.
-Bo mam już swoje lata?-dokończył Daniel, patrząc na przyjaciela spode łba. Pierre postawił przed kumplami talerze z jajecznicą i westchnął sfrustrowany.
-Cholera, Dan! Wiesz, że nie o to mi chodzi! Martwię się i tyle.
-Na twojej liście zmartwień ja powinienem być na samym końcu-mrunął Daniel.
Hugo przysłuchiwał się ich rozmowie i w duchu przyznawał wielkoludowi rację. Sam często miał wrażenie, że Dan się przeforsowuje. Wolał jednak się nie odzywać, żeby nie wszczynać kłótni.
-Zakończmy ten temat, co?-zaproponował Hugo. Przyjaciele skinęli głowami. Dan zabrał się za swoją jajecznicę, a Pierre dolał sobie kawy i wypił duszkiem.
-Kto wpadł na pomysł tego, żebyście też pojechali na casting. Jak udało wam się przekonać Maria?-zapytał Pierre.
-Mario sam nam to zaproponował-w głosie Daniela brzmiał skrywany śmiech.
-I obiecał pokryć koszty-dodał Hugo.
Pierre podrapał się po głowie i popatrzył na nich dziwnie.
-Chwilunia, panowie. . . Czy my na pewno mówimy o naszym Mario? Nikt go nie podmienił?-Pierre był dziwiony. Daniel schował usta za kubkiem z kawą, żeby Pierre nie dostrzegł jego śmiechu.
-Nikt go nie wymienił-przyrzekł solennie Hugo.
-Hmm. W takim bądź razie. . . Może być tylko jedno rozwiązanie-oznajmił Pierre.
-Jakie? Zobaczymy czy zgadniesz szybciej od Daniela!-uśmiech wyplynął na usta Hugo. Odsunął od siebie pusty talerz i rozsiadł się wygodnie.
-Kwiatuszek boi się latać.
-Kurczę, niezły jesteś!-wykrzyknął Daniel.-Rozgryzłeś go szybciej ode mnie!
-Nie ma co konkurować z wrodzonym talentem-wypalił Pierre.
Hugo zachichotał. Dan śmiał się już otwarcie w głos.
-Miałbym do was sprawę. . .-Pierre pochylił się konspiracyjnie nad stołem. Pozostli poszli w jego ślady.
-Jaką?-zapytali jednocześnie.
-Kiedy Mario będzie szukał w Polsce wokalistki, wy poszukacie mu jakiejś ladnej Polki. . . Hugo spojrzał na niego jak na idiotę.
-Żartujesz, prawda?
-Jestem śmiertelnie poważny-odparł Pierre, choć oczy podejrzanie mu lśniły.-Biorąc pod uwagę tryb życia Maria, to przy optymistycznych prognozach znajdzie kogoś za dwadzieścia lat, jak będzie na emeryturze! Dan zamyślił się nad tym.
-Niegłupi pomysł, Pierre! Może wtedy kwiatuszek przestanie napadać na nasze lodówki?-zażartował.
Usta Pierre'a rozciągnęły się w szerokim uśmiechu.
-Wierzysz w cuda?-zapytał.
Daniel pokręcił przecząco głową.-W takie cuda akurat nie wierzę.
-Ja też nie-zaśmiał się Hugo.-Ale w sumie. . . Można by spróbować. Co ty na to Dan?
-Jestem za-zgodził się wokalista.
Pierre obdarzyl ich promiennym uśmiechem.
-Tak właśnie myślałem, że się zgodzicie!


"Nowe początki" (tytuł roboczy) - cz.8.

CZĘŚĆ ÓSMA
 

Kanada, zima 2012 r.
 

Pierre starał się nie myśleć. W takich chwilach jak ta nie wiedział co ze sobą zrobić. Wspomnienia przytłaczały go i sprawiały ból. Oparł głowę o zagłówek kanapy i przymknął powieki. Niechciane obrazy znowu zaczęły przemykać mu przed oczami. Jeden po drugim i tak bez końca, były nieustającą torturą. Lorie roześmiana, Lorie wpatrująca się w niego z zachwytem, kiedy po raz pierwszy wyznawał jej miłość... Miał wrażenie, że serce pęknie mu z bólu. To nieprawda, że czas pomaga zapomnieć.
Jego serce od kilku lat było jedną wielką jątrzącą się raną, która nie dawała wytchnienia nawet na chwilę.
Jadł, śmiał się, żył... Ale co to było za życie? Przyjaciele wspierali go jak tylko mogli, ale oni też mieli swoje sprawy. Odchodzili, a wtedy Pierre zostawał sam. Sam ze swoim cierpieniem. Sam u kresu wyjścia. Przez te dwa lata rozważał kilkakrotnie możliwość skończenia ze sobą. Zawsze jednak coś go powstrzymywało. Wiedział jak bardzo skrzywdziłby tym bliskich sobie ludzi i ta świadomość sprawiała, że nadal żył, nadal walczył. Samobójstwo byłoby zbyt proste. Zbyt egoistyczne.
Wstał z kanapy i podszedł do okna. Na zewnątrz było już zupełnie ciemno. Mrok otulał wszystko niczym ciepła kołdra. Płatki śniegu spadały z nieba, wirując i lśniąc jak małe diamenty, by końcu spaść na ziemię i obrócić się w nicość. Wsparł czoło o szybę, czując jak przyjemnie chłodzi mu skórę i westchnął. Nie lubił wieczorów takich jak ten. Czas dłużył się w nieskończoność, a w domu panowała przerażająca cisza, która raziła jego uszy. Pierre podszedł do szafki, gdzie stała wieża, wybrał pierwszą z brzegu płytę, wsunął ją do odtwarzacza. Z głośników popłynęły łagodne dźwięki trąbki. Chris Botti wygrywał kolejną smutną piosenkę o miłości. Zawodząca melodia pasowała do tego jak się czuł. Oczy miał zupełnie suche. Wszystkie łzy wylał dawno temu. Teraz czuł już tylko pustkę, był wypalony. Jego wzrok przykuła karafka z whiskey. W myślach usłyszał zrzędzenie Mario, który na pewno zbeształby go. Pierre uśmiechnął się bezwiednie. Kochany Mario.
To będzie taka moja mała tajemnica-pomyślał. Wziął szklaneczkę, karafkę i przeniósł się przed kominek. Buzował w nim ogień dający Pierre'owi ciepło i poczucie bezpieczeństwa. Polana wesoło trzaskały, zupełnie nic nie robiąc sobie z zawodzenia trąbki. Rozsiadł się wygodnie w fotelu i nalał sobie wódki. Nie był alkoholikiem, po prostu czasami musiał się znieczulić.
Ciepło bijące od ognia połączyło się z ciepłem, które rozlewało się po gardle Pierre'a i spływało powoli do żołądka. Patrzył wprost na płomienie, a jego myśli dryfowały łagodnie.
Pamiętał jak wraz z Lorie spędzali długie godziny przed tym kominkiem, śmiejąc się, sącząc wino i rozmawiając. Mieli wiele wspólnych tematów, kiedy Pierre po raz pierwszy miał okazję z nią porozmawiać, poczuł, że spotkał bratnią duszę. Byli nie tylko kochankami, ale również przyjaciółmi. Tego brakowało mu najbardziej-tych rozmów, jej śmiechu, tego jak co rano budziła go pocałunkiem. Myślał wtedy, że jest panem świata. Wiele razy przeklinał Boga za to, że odebrał mu wszystko, sens życia.
Dzień wypadku pamiętał tak, jakby zdarzyło się to wczoraj. Odpoczywał właśnie po wyczerpującym koncercie w Brukseli, kiedy zadzwonił telefon. Ogarnęło go złe, niczym nieuzasadnione przeczucie. Gdy usłyszał w słuchawce szloch Helene, matki Lorie jego serce zamieniło się w bryłę lodu. Z każdym kolejnym słowem ta była zaczęła rozpadać się na miliony kawałków, których już nigdy nie uda mu się poskładać. Nie mógł nawet jej zobaczyć! Najbardziej w świecie pragnął ujrzeć po raz ostatni ukochaną twarz. Tymczasem również to mu odebrano.
Pusta szklanka wysunęła się Pierre'owi z ręki i z hukiem uderzyła o dębową podłogę, roztrzaskując się na wiele drobnych, ostrych jak brzytwa odłamków. Nie zwrócił na to uwagi. Nadal siedział wpatrzony w płomienie, a po jego twarzy po raz pierwszy od wielu miesięcy ciekły gorące łzy, sprawiając umęczonej duszy choć krótkotrwałą ulgę.

"Nowe początki" (tytuł roboczy) - cz.7.

CZĘŚĆ SIÓDMA
 
Kanada, zima 2012 r.
Daniel gnał na złamanie karku. Odkąd odczytał wiadomość od Maria dręczyły go jakieś złe przeczucia. Może i menager Garou był panikarzem, ale nigdy nie zwoływał zebrań kryzysowych bez ważnego powodu. Cała ta sprawa mu się nie podobała.
Land Rover Daniela świetnie trzymał się szosy, więc mógł wcisnąć gaz do dechy. Chrzanić fotoradary!-pomyślał. Jeden mandat w tą, jeden w tamtą... Co to za różnica?
Po dwudziestu minutach jazdy 130 km/h był na miejscu. Zatrzymał samochód z piskiem opon przy zabytkowej kamienicy, gdzie mieścił się apartament Maria. Uliczne latarnie oświetlały fasadę pięciopiętrowej budowli ciepłym,
złoto-pomarańczowym światłem. Ten widok zawsze wprawiał Daniela w zachwyt. Budynek był piękny. Teraz nie zatrzymał się nawet na minutę. Wyskoczył z auta i po omacku machnął w kierunku wozu pilotem. Usłyszawszy sygnał, wbiegł do budynku. Ktoś nie zamknął za sobą drzwi, więc nie musiał korzystać z domofonu. Dan postanowił odpuścić sobie windę. Przeskakiwał po kilka stopni na raz, chcąc jak najszybciej dostać się na samą górę. Pod drzwiami przyjaciela przystanął na chwilę, opierając się o poręcz. Z trudem łapał oddech. W takich chwilach uświadamiał sobie, że ma już swoje lata. Na co dzień starał się o tym nie pamiętać. Każdy kiedyś umrze-mruknął. Jego pora jeszcze nie nadeszła.
Wciągnął nosem potężny haust powietrza, wypuścił je ustami, starając się w ten sposób uspokoić serce, które waliło mu jak oszalałe. Dwa razy nacisnął dzwonek. Mario otworzył od razu i obrzucił przyjaciela uważnym spojrzeniem.
-Ile bryk skasowałeś po drodze?-zapytał złośliwie.
Dan posłał mu słaby uśmiech.-Milutki jak zwykle!-rzucił w kierunku Maria, ściągając płaszcz i wieszając go w korytarzu. We włosach lśniły mu kropelki roztopionego śniegu.
-Powiesz mi wreszcie o co chodzi?-niecierpliwił się Dan.
-Za chwilę-odparł Mario.-Idź do salonu, o ile Hugo go jeszcze nie rozniósł. Daniel skinął głową na znak, że się zgadza.
Hugo siedział w fotelu, bębniąc palcami jednej ręki w stolik, a w drugiej trzymał prawie pustą szklaneczkę whiskey. Na widok Daniela ochroniarz podniósł się z fotela i uściskał go serdecznie. Oczy wokalisty były pełne niepokoju, podobnie jak jego własne.
-Wiesz już o co chodzi?-zapytał Dan.
Hugo zaprzeczył:
-Nie wiem. I szlag mnie trafia!
Mario wszedł do salonu, niosąc tacę, na której stały szklanki, karafka Single Malt i miska czipsów.-Napijecie się?
-Ja sobie strzelę małego drinka.-Hugo podstawił swoją szklankę.
Mario uświadomił sobie właśnie, że pewnie przerwał im kolację. Poczuł wyrzuty sumienia. -Zamówimy pizzę?-zaproponował. Hugo odstawił z hukiem szklankę na stolik. Rozległ się brzdęk. Kiedy się odezwał w jego głosie brzmiała z trudem tłumiona furia:
-Do jasnej cholery! Zaprosiłeś nas na pizzę?! Mówże o co chodzi!-wykrzyczał.
-Uspokój się-powiedział łagodnie Dan, kładąc dłoń na ramieniu ochroniarza. Hugo zacisnął powieki i w myślach powoli policzył do dziesięciu.-Sorry-rzucił już spokojniej.-Przestraszyłeś mnie tym telefonem.
-Mnie też-przyznał Daniel.
Mario klapnął ciężko na kanapę obok Dana. Nagle poczuł się strasznie głupio. Zaczął nerwowo bawić się guzikiem koszuli, unikając wzroku przyjaciół. Gardło miał dziwnie wysuszone. Nalał sobie wódki, napił się, czując jak alkohol zwilża mu krtań i rozlewa się przyjemnym ciepłem w klatce piersiowej.
-Martwię się o Pierre'a...-zaczął. Słowa z trudem przechodziły mu przez gardło.
Daniel po raz pierwszy od bardzo dawna nie miał ochoty na złośliwości. Jego ciemne oczy wpatrywały się w menagera w skupieniu.
-Co dokładnie masz na myśli?-spytał.
Mario uniósł w końcu głowę i odchrząknął.-Nie umiem tego wyjaśnić. Niby wszystko jest w porządku, ale ja cały czas nie mogę się pozbyć wrażenia, że on...-zamilkł na chwilę, szukając odpowiednich słów-...że on jest bardzo samotny-dokończył.
Hugo zastanowił się.
-Ma nas... Poza tym nic takiego nie zauważyłem...
Mario potarł twarz rękami. Był sfrustrowany. -Są różne rodzaje samotności-szepnął Mario, po czym dodał już głośniej:
-Wielkolud dobrze się maskuje-przyznał.
Danielowi wszystko zaczęło pasować. Też niekiedy ogarniało go przeczucie, że przyjaciel zachowuje się jakoś tak...inaczej.
-Uważam, że Mario ma rację-powiedział Dan.-Ale też nie możemy się dziwić Pierre'owi. Po tym co przeszedł...
 
 
Hugo wyraźnie posmutniał. Pierre był dla niego jak rodzina. Wkurzało go to, że nie mógł zrobić kompletnie nic, by mu pomóc.-Wielkolud jest silny-rzekł z przekonaniem.-Z czasem się z wszystkim upora. Zobaczycie!
Mario skrzyżował nogi w kostkach i przez dłuższą chwilę zastanawiał się nad odpowiedzią. Było mu ciężko na duszy.
-Myślicie, że ten wyjazd do Polski mu pomoże?-zapytał.
Daniel podniósł się z kanapy. Nagle zaczęło go nosić.-Sądzę, że tak-odparł.-Wiecie przecież jak on lubi koncerty w tym kraju...
-Dobrze, że w ogóle znowu śpiewa-powiedział Hugo.
Mario pokiwał głową.
-Taaak-przyznał.-To świetnie.
Hugo popatrzył na niego dziwnie.-Dla ciebie to też jest dobre. Z tego żyjesz!
Menager nawet nie miał siły, żeby się odciąć. Ukrył twarz w dłoniach i milczał. Daniel spojrzał na ochroniarza z naganą. Jego oczy mówiły: "Zachowałeś się jak skończony dupek". Sumienie Hugo podszeptywało mu dokładnie to samo. Poczuł się jak ostatni cham.
-Mario...-powiedział cicho.
-Mario... Przepraszam-powtórzył, gdy tamten nie zareagował.
Mario podniósł wzrok. Udało mu się nawet uśmiechnąć.-OK. Nic się nie stało.
Ochroniarz nerwowym gestem zmierzwił sobie włosy. Nadal czuł się podle.-Stało się. Nie powinienem był tego mówić-w jego głosie brzmiała skrucha.-Wiesz przecież, że tak nie myślę-wyznał.-Po prostu boję się o Pierre'a. Omal pikawa mi nie wysiadła, jak zadzwoniłeś. Zaraz wyobraziłem sobie coś strasznego i...-wzruszył ramionami.
Coś ścisnęło go za gardło.-Zależy mi na was.-wyszeptał z wzrokiem wbitym w podłogę. Pozostali wiedzieli, ile kosztowało Hugo to wyznanie.
Daniel pociągnął głośno nosem.
-Oh chłopcy... Zaraz się rozpłaczę! Mario! Leć po chusteczki! Biegusiem!-błaznował, usiłując ukryć wzruszenie.
Mario ukradkiem otarł oczy, które były dziwnie wilgotne. Usiłował też na powrót przyjąć nadęty, menagerski ton:
-Ustalmy coś. Jeżeli po powrocie z Polski Pierre nadal będzie się tak zachowywał, wtedy weźmiemy go w obroty. Jasne?!
-Tak, panie generale!-przytaknęli jednocześnie Hugo i Daniel.
-Pan menager-generał jak zwykle ma rację!-wesoło zauważył Dan. Zrobiło mu się lżej na sercu.
Mario spojrzał na nich z wyższością.
-Ktoś tu musi mieć głowę nie od parady-stwierdził.
-Patrzcie no...-zadrwił Hugo.-Puszy się jak paw!
Daniel roześmiał się głośno.
-Nie bój nic. Zawsze można tego ptaszka oskubać! Zrobimy sobie rosół!
Mario udawał obrażonego, ale po chwili spasował i uśmiechnął się szeroko.-Wznieśmy toast-zaproponował, napełniając kolegom szklaneczki.-Za przyjaźń!
-Za przyjaźń!-powtórzyli tamci jak echo.

"Nowe początki" (tytuł roboczy) - cz.6.

CZĘŚĆ SZÓSTA
 
Kanada, zima 2012 r.
 

Hugo właśnie jadł piątego hamburgera i oglądał na DVD "Barwy miłości"-swój ulubiony serial. Tak naprawdę była to telenowela, ale Hugo wolał określenie serial. Gdyby kumple się o tym dowiedzieli... Oh. To byłby koszmar. Nic tak nie odpręża po ciężkiej pracy jak fast food i TV-taka była jego dewiza. W tej chwili wsuwał ociekające tłuszczem bułki i uważnie obserwował, jakie to znowu świństwo wytnie Adelaida Palomie i Santiago. Żarcie smakowało mu jak nigdy. Do pełni szczęścia potrzebne było tylko zimne piwko. Hugo wstał więc z kanapy, którą w prawie w całości pokrywały różnego rodzaju papierki, resztki jedzenia i Bój wie co jeszcze. Zatrzymał pilotem odtwarzanie i poczłapał do lodówki. Piwa nigdzie nie było. Zaczął przetrząsać wszystkie półki po kolei, usiłując znaleźć życiodajny napój. W jego lodówce, podobnie jak i w całym mieszkaniu panował bałagan, bo Hugo nie lubił i nie umiał sprzątać. Uważał, że dobrze jest, tak jak jest. Po cholerę mi czysta chata, skoro i tak mieszkam sam?!-rozważał. Te i inne rozmyślania przerwał mu przeraźliwy, wwiercający się w mózg dźwięk telefonu. Hugo gwałtownie podniósł się i wyrżnął głową o kant lodówki.
-Ja pierdzielę!-zaklął i zaczął szukać komórki, która cały czas uparcie dzwoniła. Nigdy nie mógł w spokoju obejrzeć serialu.-Zabiję tego bałwana!-przysiągł solennie mając na myśli dzwoniącego. Znalazł komórkę wciśniętą między poduszkę a oparcie fotela. Spojrzał na wyświetlacz i zdębiał. Dzwonił Mario. Całe mocne postanowienie, żeby ochrzanić dupka, który przerywa mu tak miło rozpoczęty wieczór nagle uleciało. Telefony od Maria Lefebrve po prostu się odbiera. Innej opcji nie ma.
Nacisnął zieloną słuchawkę i usłyszał tuż przy uchu wściekły głos Maria:
-Gdzie ty trzymasz ten telefon do cholery?! W piwnicy?!-wydarł się.
-Nie mam piwnicy-przypomniał mu Hugo skwapliwie, uśmiechając się w duchu. Fochy Maria zawsze go bawiły. Mimo, że menager mógł być od biedy jego ojcem, Hugo traktował go raczej jak starszego brata.
-Zasnąłeś tam, gorylu?!-wydarł się ponownie Mario.
Hugo wyobraził sobie jak twarz menago Garou płonie z wściekłości i pomimo tego, że jego bębenki głośno protestowały, wybuchnął gromkim śmiechem.
-No i z czego rżysz?-teraz głos Maria był zrezygnowany. Hugo nie mógł nie powstrzymać.
-Z ciebie-odparł.
W słuchawce rozległo się przeciągłe westchnienie człowieka, który dźwiga cały świat na własnych barkach.
-Słuchaj-zaczął menager-nie mam czasu, ani nastroju na żarty. Zebranie kryzysowe u mnie o 21. Przyjeżdżaj.
Hugo popatrzył na swojego rolexa, prezent urodzinowy od Pierre'a i jęknął. Było piętnaście po ósmej.
-Nie zdążę-powiedział.-Nie możemy spotkać się jutro?
Mario ledwo nad sobą panował.
-Gdybyśmy mogli, to bym do ciebie nie dzwonił, ośle!
-Bez takich!-zastrzegł Hugo.-Goryla ci daruję, ale za osła oberwiesz!
Menager zazgrzytał zębami.
-To jak? Będziesz?-wycedził.
-Może tak, a może nie... Kto to wie...?-droczył się dalej Hugo. - A o co tak w ogóle chodzi?-zapytał.
Po drugiej stronie Mario odrzekł grobowym głosem:
-Chodzi o Pierre'a.
Hugo spoważniał w przeciągu sekundy. W głowie zapaliła mu się czerwona lampka.-Co z wielkoludem?! Stało się coś?! No mów do cholery!
-Jak przyjedziesz, to się dowiesz-opowiedział menager.
-Dobrze-odparł Hugo, zbierając się już do wyjścia i myśląc, gdzie mogą być te pieprzone kluczyki.-Za pół godziny będę.
 
Daniel i Pierre jedli właśnie kolację, gdy komórka w kieszeni dżinsów Dana zapiszczała sygnałem SMS'a. Mężczyzna wydobył telefon, otworzył wiadomość i zaczął czytać:
"Zebranie u mnie o 21. To pilne. Chodzi o Pierre'a. Nic mu nie mów. Pospiesz się.
Mario".
-Hej, Dan? Wszystko w porządku?-zaniepokoił się siedzący na przeciwko Pierre, widząc minę przyjaciela.
-Tak-odparł Dan i odsunął od siebie na wpół dojedzone spaghetti. Nagle stracił apetyt. Spoważniał.
Pierre popatrzył na niego uważnie spod przymrużonych powiek.
-Daniel?-zaczął delikatnie kładąc rękę na ramieniu mężczyzny.-Co się stało? Coś z Ceci?
Dan pokręcił głową i uśmiechnął się blado.-Nie. Wszystko OK. Naprawdę-przekonywał. -Po prostu coś mi wypadło. Muszę iść. Dzięki za kolację.
Dan wstał od stołu i zaczął szukać płaszcza. Pierre poszedł za nim.
-To nie jest normalne, żebyś ty dobrowolnie rezygnował z mojego bolognese!-powiedział. Daniel już ubrany, poklepał przyjaciela po plecach.-Muszę coś pilnie załatwić w sprawie płyty-skłamał gładko. Miał nadzieję, że Pierre da mu spokój. Ten jednak nie ustępował:
-W sprawie płyty?! O tej godzinie?!
Dan wzruszył ramionami, zakładając jednocześnie szalik.-Wiesz jacy są ci dzisiejsi producenci-machnął ręką.-Nie mają za grosz przywoitości. No, a teraz naprawdę powinienem już iść. Pogadamy jutro. Pa.
Dan zatrzasnął za sobą drzwi, po chwili Pierre usłyszał jak odpala silnik i odjeżdża.
Zdecydowanie coś mu nie grało. Westchnął z rezygnacją i poszedł do kuchni posprzątać. Przyjaciel zachowywał się bardzo dziwnie. Jutro jakoś urobię Daniela i wszystko z niego wyciągnę-przyrzekł sobie. Uspokojony nieco tą myślą zabrał się za zmywanie.

"Nowe początki" (tytuł roboczy) - cz.5.

CZĘŚĆ PIĄTA

Poznań, zima 2012r.

Tej zimy Polska przypominała Arktykę. Srogie mrozy nie ominęły również Poznania. Aktualnie temperatura za oknem wynosiła jakieś minus osiemnaście stopni i zanosiło się na to, że może być tylko gorzej. W tej sytuacji ludzie za wszelką cenę unikali wychodzenia z domu. Ciepłe pledy oraz gorąca herbata i kakao były towarami zdecydowanie deficytowymi.
Marta i Kasia również nie należały do zimnolubnych, więc zaszyły się w ciasnej kawalerce Marty z kubkami grzańca w dłoniach.Mieszkanko było malutkie, ale przytulne i co najważniejsze - ciepłe.
-Dawno tak sobie nie siedziałyśmy- zaczęła Kasia. -Nic nierobienie jest cudowne!
Marta popatrzyła na nią spode łba.
-Jaaasne- prychnęła. -Jesteś leniem i tyle.W dodatku jeszcze mnie namawiasz do złego!
Kasia westchnęła i zakopała się głębiej pod kocem.
-Każdy musi kiedyś znaleźć czas na odpoczynek. Nie jesteś robotem...
-Kasiulek, niedługo mamy ważny egzamin... Muszę się pouczyć. Studia są dla mnie w tej chwili najważniejsze!-powiedziała z mocą.
 -Zaraz się upaćkasz tym winem-zauważyła Kasia ni z tego, ni z owego. Tyradę przyjaciółki wpuściła jednym uchem, a wypuściła drugim. Miała ważną misję do zrealizowania. Superman to przy mnie grzeczny chłopczyk-pomyślała i zachichotała. Katarzyna - Superwoman - Michalska wkracza do akcji!
 -No i z czego się śmiejesz?-zapytała Marta, usiłując poradzić sobie jednocześnie z grzańcem,który w tej chwili jakimś cudem wydostał się z kubka i teraz płynął jej po palcach. Usta Kasi rozciągnęły się jeszcze szerzej, ukazując rzędy śnieżnobiałych zębów, przypominających te z reklamy Colgate Total.
 -Tuśka, chciałam tylko sprawdzić, czy otrząsnęłaś się z szoku po wczorajszym...
Marta prychnęła.-Jak widać na załączonym obrazku, jeszcze żyję.
 Wiadomość o przyjeździe Garou do Poznania była niemałym...zaskoczeniem. Wydawało się, że wizyta wokalisty na ich uczelni to pewnik. Z każdej ściany spoglądały na Martę znajome błękitne oczy, jednocześnie tak bliskie i tak dalekie. Musiała całą siłą woli powstrzymywać się od wpatrywania się w nie, niczym zakochana gimnazjalistka.-Jestem przecież dorosłą, odpowiedzialną kobietą.-rugała się.-A to tylko facet. Fakt, przystojny jak diabli, o zniewalającym głosie, ale jednak facet-osobnik rodzaju męskiego, krewny małpy, z łaciny "subiectum masculine". Z tych feministycznych rozważań wyrwał ją głos Kasi.-Nad czym tak dumasz?-spytała.
Marta zarumieniła się przyłapana na gorącym uczynku.
-Może lepiej powinnam zapytać o kim marzysz, co?-Kaśka pozwoliła sobie na małą złośliwość. Kiedy przyjaciółka nie odpowiedziała, udała, że się zastanawia.-Czekaj, czekaj... Niech no zgadnę. Czy jest to może długonogi Kanadyjczyk o niebieskich oczach i uszach w rozmiarze XXXL?
Marta roześmiała się serdecznie. Zdradziecki rumieniec powoli znikał z jej policzków.-Pudło-odrzekła.-Myślałam właśnie o pokrewieństwie między człowiekiem a małpą.
Oczy Kaśki rozszerzyły się.
-Emm... Noo... A po co ci to?-jej elokwencja w tej chwili była mocno nadszarpnięta.
Marta jak gdyby nigdy nic wesoło pomachała nogami przewieszonymi przez oparcie kanapy. Była bardzo zadowolona. Przynajmniej raz wyprowadziła kumpelę na manowce.
-No dobra-przerwała milczenie Kaśka.-Przejdźmy do sedna...
-Taaak?-przerwała jej Marta.-Coś ty znowu wymyśliła? Mam się bać? Kasia wyglądała jak chodząca niewinność. Zrobiła motylka i popatrzyła na Martę z uśmiechem.-Bać się? Mnie?-zdziwiła się.
Marta pokręciła przecząco głową. Okulary zsunęły jej się na czubek lekko zadartego ku górze nosa.
-Ciebie nie-przyznała.-Ale twoje pomysły to już zupełnie inna historia. No więc? Nie dręcz mnie dłużej. Mów.
-Okay, okay. Już. Wiesz co jest za siedem dni?
-Środa?-oparła Marta inteligentnie.
Kaśka zamachała jej rękami przed nosem, jakby odganiała niewidzialne muchy. Była bardzo podekscytowana.-Środa, środa. Jaka tam środa?! Za tydzień jest casting! C-A-S-T-I-N-G!-przeliterowała w obawie, że Marta nie zrozumie.
-Tak się składa, że wiem o tym.-powiedziała dziewczyna chłodno, mierząc koleżankę uważnym spojrzeniem zielonych oczu.
Kaśka wyglądała jak bomba zegarowa, na kilka sekund przed wybuchem.
-Wiesz?! I co masz zamiar z tym zrobić?!-była coraz bardziej zniecierpliwiona.
 -Ja? No a co ja z tą wiadomością mam zrobić? Raczej nic... Kasia poderwała się z kanapy i zaczęła przechadzać się nerwowym krokiem.-Powinnaś się zgłosić!-powiedziała po prostu. Marta wsunęła okulary do czytania we włosy.  Ta dyskusja zaczynała ją męczyć.-Po co mam tam iść? To strata czasu! I tak mnie nie wybiorą!
Kasia spiorunowała Martę wzrokiem.-Pójdziesz tam, choćby po to, by spróbować. Uwielbiasz Garou i kiedy o nim mówisz masz zamiast tęczówek serduszka, a w nich są malutkie literki "G".
-Przestań...-westchnęła Marta.
-Pójdziesz tam! I koniec! Zrozumiano?!-krzyknęła.
-Hola!-oburzyła się dziewczyna.-Nie drzyj się na mnie! Nie jesteśmy w wojsku!
Kaśka uśmiechnęła się z satysfakcją.-Do ciebie inaczej by nie dotarło, małpo! Pójdziesz tam, czy ci się to podoba, czy nie. Masz dwie opcje do wyboru. Chcesz posłuchać?-było to pytanie retoryczne.
-Pierwsza: idziesz tam ze mną po dobroci. Druga:zaciągam cię tam siłą i nie odstępuję na krok.
Marta popatrzyła na nią groźnie.-A jest trzecia opcja: nie wtrącasz się w nieswoje sprawy?-wysyczała.
Kasia roześmiała się na całe gardło. Żądza mordu w oczach przyjaciółki nie robiła na niej wrażenia.
-Trzeciej opcji nie ma!

"Nowe początki" (tytuł roboczy) - cz.4.

CZĘŚĆ CZWARTA
 

Kanada, zima 2012 r.
 

Mario wszedł do pokoju z miną cierpiętnika i opadł ciężko na kanapę. Czasami życie menagera jest naprawdę do bani-pomyślał. Właśnie wrócił do domu po ośmiu godzinach ciężkiej harówki, a teraz nie miał nawet do kogo ust otworzyć. W jego mieszkaniu w starej części Montrealu było przerażająco cicho. Pracując tyle lat z Garou Mario odzwyczaił się od ciszy i spokoju. Zaczynało mu to wszystko działać na nerwy.
Żołądek od kilku godzin "prosił się" o coś do jedzenia, ale Mario nie miał dla niego czasu. Musiał uzgodnić szczegóły koncertu Garou w Poznaniu.
Kiedy po raz kolejny usłyszał burczenie stwierdził, że trzeba coś z tym fantem zrobić. Do lodówki nawet nie zaglądał-i tak wiedział, że świeciła pustkami.
Mario zwlókł się z kanapy i poszedł pod prysznic. Jego łazienkę urządzał jeden z najlepszych montrealskich dekoratorów. Ściany pokrywały rzędy
czarno-białych kafelków, zdobionych delikatnym ornamentem. W jednym rogu pomieszczenia znajdowała się nowoczesna, wpuszczona w podłogę wanna, która zmieściłaby spokojnie cztery osoby, a w drugim Mario kazał zamontować natrysk. Nie miał czasu na długie kąpiele.
Teraz, rozebrany do naga stał przed dużym, ściennym lustrem i przyglądał się swojemu odbiciu.
Miał 50 lat i niestety wyglądał na tyle. Twarz pokrywała mu delikatna sieć zmarszczek, najwięcej zlokalizowało się ich w kącikach szarych oczu. Włosy też miał szare, a właściwie siwe. Całe szczęście, że nie mam skłonności do tycia.-pomyślał. Poza tym siłownia też robiła swoje.
Mario skończył oględziny i wszedł pod strumienie gorącej wody, która przyjemnie masowała mu ciało, rozluźniając napięte mięśnie. Zerknął na wodoodporny zegar wiszący na ścianie-dochodziła siódma. Postanowił pojechać do Pierre'a. Może tam zje coś lepszego od mrożonej pizzy. Towarzystwem też nie pogardzi.
Do domu przyjaciela miał około godzinę drogi. Przy obecnych warunkach pogodowych może potrwa to trochę dłużej. Było -25 stopni C, cała Kanada tonęła w białym puchu, który zalegał gdzie tylko się dało. Mario jechał autostradą, której stan także nie był najlepszy, więc przezornie zdjął nogę z gazu.
Po godzinie i czterdziestu minutach wjeżdżał na zaśnieżony podjazd Pierre'a. Budynek znajdował się na skraju lasu, wirujące wokoło płatki śniegu nadawały mu nieco bajkowy wygląd. Dom zbudowany był z drewna i szkła. Dębowe bele tworzące ściany bardzo ładnie wpasowały się w krajobraz. Spadzisty dach sprawiał, że budynek wyglądał jak górska chatka. W oknach paliły się światła. Mario wysiadł z samochodu i podreptał do drzwi, przedzierając się przez zaspy. Nie musiał nawet zamykać auta. Jedyną rzeczą, która groziła jego BMW było obsikanie wozu przez te wstrętne skunksy, które kręciły się wszędzie.


Pierre otworzył po pierwszym dzwonku. Ubrany był w swoje ukochane dżinsy z dziurą na kolanie i czarną koszulkę z napisem "Sexy man". Włosy miał rozczochrane, na twarzy widniały ślady zarostu. Był boso. Z wnętrza domu biło cudowne ciepło.
-Cześć.-powiedział Mario.-Załapię się na jakąś kolację?
Pierre uśmiechnął się pod nosem.
-Właź. Ale to jest wyzysk. Mam nadzieję, że o tym wiesz!
-Jaki tam wyzysk? Raczej dobry uczynek z twojej strony, przyjacielu.-Mario wyszczerzył swoje białe zęby w uśmiechu, rozbierając jednocześnie płaszcz i wieszając go w sieni. Pod nim miał wiśniową koszulę i czarne spodnie.
-Francja-elegancja.-powiedział Pierre patrząc na Maria.
-Oj tam. To taki lajtowy strój. Nie lubię wygladać jak kloszard.-Tu wskazał głową dziurę w spodniach kumpla. Ten parsknął śmiechem.
-Wara od moich dżinsów.-zastrzegł.-Źle zaczynasz tę rozmowę, skoro zależy ci na moim gulaszu, kochany.
-Masz gulasz?-w oczach Maria pojawiła się nadzieja.
-Mam.-odparł Pierre i machnął na Maria ręką.-Niech będzie moja strata. Poczucie winy nie da mi żyć, jak umrzesz z głodu. Ładuj się do kuchni.
Tam kolację zajadał już Daniel.-Przyjechałeś na darmową kolację? Zamknęli wszystkie knajpy KFC w Montrealu? Biedaczysko. . . Aż mi cię żal. . .-dogryzł mu Dan.
Mario udał, że go nie słyszy. Zwrócił się do Pierre'a:
-A ten co? Własnego domu nie ma?-odciął się Mario.
Pierre skwitował to śmiechem.-Dan jest tymczasowo słomianym wdowcem.-wyjaśnił.-Cecilia wyjechała do siostry do Vancouver na dwa tygodnie, więc. . .
-Przygarnąłeś go, tak?-podpowiedział Mario.-Niedługo otworzysz schronisko dla bezdomnych, wielkoludzie!
Dan pacnął go w ramię.-Ja tylko chwilowo jestem bezdomny i głodny, za to ty przyłazisz tu stale, albo siedzisz u mnie, dybiąc na kuchnię Ceci.
Mario uśmiechnął się chytrze i poruszył śmiesznie brwiami. -Uważaj-ostrzegł Daniela.-Jestem na na najlepszej drodze, by odbić ci żonę. Pierre nie wytrzymał. Zaczął chichotać, trzymając się za brzuch. Słowne przepychanki były u nich na porządku dziennym.

Daniel już chciał się odciąć, ale Pierre powstrzymał go.
-Ludzie, ogarnijcie się! Ten dom z wami przypomina cyrk, brakuje tylko Hugo w roli goryla! Lojalnie uprzedzam, że zaraz obaj stąd wylecicie.-powiedział z udawaną surowością. Tylko oczy mu się śmiały. Pilnował, by przyjaciele tego nie spostrzegli.
-Ja jestem głodny. . .-jęknął Mario.
Pierre podszedł do kuchenki, nałożył kopiastą porcję na talerz i postawił go przed swoim menagerem.
-Pachnie bosko. . .-wyszeptał z zachwytem Mario i zaczął pałaszować.
Daniel miał minę zbitego psa.-Nie zrobisz mi tego, jego wywal. Ja jestem przynajmniej zabawny, a ten tutaj to mały despota.
-Ja?! Mały?!-wybuchnął Mario.-Mam 180 cm wzrostu!
-Mały despota.-dopowiedział Daniel z satysfakcje.
-Pierre?!-Mario popatrzył na przyjaciela z wyrzutem.
-No. . . Może odrobinkę. . .-odparł tamten taktownie i oboje z Danielem zaśmiali się.
Mario siedział naburmuszony, jadł swój gulasz i nie odzywał się.
-Kwiatuszku. . .-zaczął Pierre łagodnie
-Nie nazywaj mnie tak!-wycedził Mario.
-Dobrze, słońce ty moje.-Pierre uwielbiał go drażnić. -Dzwoniłeś do Poznania?-zapytał
Mariowi wrócił profesjonalizm.-Dzwoniłem. W przyszłym tygodniu ma być casting.
-Polecisz tam, prawda?-zadał pytanie wokalista.
Mario podrapał się po głowie i odpiął górny guzik koszuli.
-A mam jakieś inne wyjście?-zapytał menager zrzędliwie.
-Nie masz.-Pierre posłał mu jeden ze swoich olśniewających uśmiechów.-Nikt tak dobrze jak ty nie dopilnuje wszystkiego.
-Fakt.-przyznał Mario kwaśno.-Wybiorą ci tam kogoś o głosie kozy i co wtedy?!
Pierre westchnął dosadnie.-Polacy to bardzo miły naród! Lubią mnie tam. Ja z resztą też uwielbiam Polskę!
-I Polki-dopowiedział wesoło Daniel.
-Taaak. . .-Pierre przymknął oczy i rozmarzył się.-Znałem kiedyś pewną Jolę. . .-zaczął, ale Mario stanowczo mu przerwał.-Nie chcę znać szczegółów twojego życia erotycznego! Najpierw musiałbym się znieczulić! Śmiech wokalisty słychać było chyba w całym domu.
-Mario, uwielbiam cię. Naprawdę.-wykrztusił. Łzy pociekły mu po policzkach. Trząsł się cały.
-Buhahaha. Lepiej byś się polskiego zaczął uczyć.-zauważył Mario.
Daniel przysłuchiwał się ich rozmowie z zainteresowaniem. Lubił śmiech Pierre'a. Jego poczucie humoru nie miało sobie równych. Teraz, po obfitej kolacji Dan rozsiadł się wygodnie, poklepał się po brzuchu i westchnął z zadowoleniem. Dobre żarcie, przyjaciele, rodzina i muzyka to było to, co Daniel kochał najbardziej.
No, może nie w tej kolejności.-Pamiętasz jeszcze jakieś zdania po polsku?-zapytał.


Pierre odstawił na bok brudne talerze, oparł się plecami o zlew i usiłował przypomnieć sobie jakiekolwiek słowa po polsku. Nagle spłynęło na niego olśnienie.-Pamiętam-powiedział powoli. Menager popatrzył na niego. W oczach miał wyzwanie. Ten to już pewnie od miesiąca wkuwa słówka-pomyślał Pierre. Czasami Mario go przerażał. Wikipedia to przy Mariu Lefebrve mały pikuś.
-No więc? Pochwal się swoimi zdolnościami poligockimi, wielkoludzie.
Wokalista uśmiechnął się przebiegle.
-Pamiętam na przykład takie zdanie: "Jesteś piękna. Wyskoczymy razem do Vegas?"-wyszeptał uwodzicielsko w kierunku swojego menago.
Maria delikatnie mówiąc zatkało. Daniel dusił się właśnie swoim piwem. Menager poklepał go po plecach. Odzyskawszy oddech Dan powiedział:
-Polscy mężczyźni, miejcie się na baczności! Oto nadchodzi heartbreaker! Pozamykajcie żony na cztery spusty i nie wypuszczajcie ich, dopóki ten Don Juan tu będzie!
Mario starał się ukryć uśmiech.
-Wiesz co, Pierre?-zaczął.-Może lepiej nic już nie mów po polsku. Najlepiej wcale się nie odzywaj. W żadnym języku. I pamiętaj, że w razie czego, to my będziemy cię zdrapywać z chodnika, jak przydybią cię Polacy i dokonają na tobie aktu zemsty za uwodzenie ich kobiet! Myjka podciśnieniowa też nam się przyda.
Pierre miał niezły ubaw, za to Dan nie zrozumiał.-Po co ta myjka?-zdziwił się.
-Jak to po co? Kiedy resztki wielkoluda przyschną do polskiej ziemi, tylko myjka ciśnieniowa pozwoli nam je usunąć!

"Nowe początki" (tytuł roboczy) - cz.3.

CZĘŚĆ TRZECIA
 

Poznań, zima 2012 r.
 

-Marta!!! Marta!!!-głos Kaśki rozbrzmiewał na uczelnianym korytarzu.-Maaartaaa!!!
Dziewczyna biegła ile sił w nogach krzycząc i szukając swojej najlepszej przyjaciółki. Zaciekawieni studenci podnosili głowy znad książek i spoglądali na nią z niemałym zainteresowaniem, lecz ona nic sobie z tego nie robiła. Taka bomba nie mogła czekać.
Marta zbierała się właśnie do wyjścia z toalety, gdy usłyszała, że ktoś ją woła. To chyba Kaśka-pomyślała.-Nikt nie ma takiej pary w płucach jak ona.
Umyła ręce i zerknęła w lustro, poprawiając przy okazji rozmazany błyszczyk. Po tym zabiegu stwierdziła, że może pokazać się ludziom. Podniosła więc torebkę z wyłożonej ciemnymi płytkami posadzki, cicho zamknęła za sobą drzwi i wyruszyła na poszukiwanie tej wariatki Katarzyny Michalskiej, która tak przy okazji była jedną z najbliższych jej osób.
Znalazła ją w bufecie. Kasia siedziała przy stoliku, a przed nią stała na wpół opróżniona butelka wody mineralnej. Miała zaróżowione policzki, a oczy błyszczały jej jak latarnie. Gdy tylko zauważyła przyjaciółkę, od razu rzuciła jej się na szyję.
-Tuśka! Jak dobrze, że jesteś! Muszę ci coś powiedzieć!
-Dusisz mnie. . .-wysapała Marta z trudem.
Chude, drobne ramiona oplecione ciasno wokół jej szyi były zadziwiająco silne.
-Oj-zreflektowała się Kaśka.-Przepraszam. Tak się składa kochana, że jeszcze możesz żyć. Ale tylko przez chwileczkę. Zaraz powiem ci coś takiego, że padniesz na miejscu i będę musiała cię zbierać z podłogi-wyznała jednym tchem.
Nabrała powietrza i popatrzyła na Martę z niemałą satysfakcją.
-Gotowa?-spytała.
Marta uniosła palec do góry zatrzymując ten słowotok.-Chwila. Najpierw muszę cię przed czymś uprzedzić.
-Noo? Dalej, mów! Mój news nie może tak długo czekać.
Marta uśmiechnęła się szeroko. W oczach błysnęły jej diabelskie ogniki.-Pamiętaj Kasiulek, że jeszcze parę wieków temu zabijano posłańców przynoszących złe wieści, więc lepiej dla ciebie, żeby było to coś dobrego, bo jak nie. . .
-To co mi zrobisz?-zniecierpliwiła się Kasia.
-Bo jak nie-ciągnęła spokojnie Marta-to nie masz co liczyć na to, że zjesz chociaż łyżeczkę mojego tiramisu. I to przez najbliższy miesiąc! Kasia pokręciła głową z niedowierzaniem. Rude loki rozsypały się jej wokół twarzy.
-Eeej?! Byłabyś w stanie mi to zrobić?! Ty potworze! A ja mam dla ciebie taką wiadomość. . .-pociągnęła nosem z udawanym smutkiem.-Posłuchaj złośnico-zaczęła Kasia-Za informację o tym, że Garou wystąpi na naszej uczelni i że zorganizują casting na wokalistkę do duetu z nim, należą mi się całe tony tiramisu!
Kasia wsparła się pod boki obserwując reakcję przyjaciółki. Usta Marty otwierały się i zamykały jak u ryby wyrzuconej na brzeg.
-Ccooś ty powiedziała?-wyszeptała ze zdumieniem. Jej zielone oczy wielkością przypominały pięciozłotówki.
-Ja?-zdziwiła się Kasia.-Hmm. . . Mówiłam, że jesteś potworem, a nie przyjaciółką, skoro skazujesz mnie na życie bez tiramisu!
-Nie ttoo. . . Tto wcześniejsze. . . O. . Garou-Marta czuła się, jak gdyby dostała obuchem w głowę.
-Aaa. To. Nic takiego. Takie tam pierdu-pierdu. Garou wpada do nas z wizytą.
Marta klapnęła z wrażenia na najbliższe krzesło. Mina "a la rybka" wciąż nie znikała z jej twarzy. Kaśka zaczynała się już zastanawiać, czy swoją wiadomością nie spowodowała nieodwracalnych zmian w mózgu przyjaciółki.-Wyglądasz jak ten biedny karp, który co roku na Gwiazdkę pływa w wannie u mojego taty.-zauważyła.
-Ss. . .skąd to wiesz?-jąkała się Marta.
-Gdybyś tylko od czasu do czasu wyszła do ludzi, to też byś wiedziała. Aga biega po całym budynku z taaaakim plikiem ulotek.
-Oh.-powiedziała Marta.
-Oh?!?!-wydarła się Kaśka.-Twoje marzenie podane jak na tacy, a ty mówisz mi tu "oh"?!
-Oh.-powtórzyła Marta i nadal wpatrywała się w przjaciółkę.
-Cholera jasna. . .-jęknęła Kaśka.-Ona chyba jest w szoku. Heej! Ludzie! Jest w tym bufecie może jakiś student medycyny?! Psychiatra też jest wskazany. . .